Cztery lata temu zacząłem najtrudniejszą pracę jakiej do tej pory się chwyciłem. Opowiem Wam, bo to chyba pierwsza robota w której stały rozwój kompetencji wpisany był jako podstawowy wymóg w ogłoszeniu. Zaczęło się od kilkumiesięcznego okresu próbnego.

Pomimo, że przeszedłem go słabo, to nowy szef pozwolił mi iść dalej z robotą. Może sukcesy po pierwszej próbie sił nie były zbyt duże, ale udawało mi się realizować kolejne drobne zadania. Podpisaliśmy papiery. Wszystko było już oficjalne.

Pierwsze słabe wyniki trochę mnie rozczarowały, trochę zmotywowały, trochę niecierpliwiły i denerwowały – bo nie lubię zostawać w tyle. Premii niestety nie dostałem przez pierwsze pół roku, ale dostałem szansę na pokazanie sił w regularnej pracy.

Dostałem szansę na stałą umowę. W warunkach było napisane, że praca będzie dotyczyła nieregularnych godzin (weekendy i noce), premii nadal nikt mi nie chciał obiecać – ale podobno, sama praca miała dawać dużo satysfakcji. Tak słyszałem już o takich historiach wcześniej. Każdy kto szukał naiwniaków do pracy, pisał tak w ogłoszeniach.

Wziąłem umowę i dostałem wreszcie pełnoprawne zadania. Początki na froncie nie były łatwe. Ba. Przytłaczały. Szef wzywał do roboty w nocy i w weekendy. Miałem w dokumentach klauzulę “nie możesz zlecać pracy osobom trzecim“. Zgodziłem się na to, więc co innego miałem zrobić? To Polska przecież, nic nie jest kolorowe. Takie są warunki, tak trzeba harować. Przecież nie wynajmę sobie asystenta.

Mój szef z miesiąca na miesiąc był coraz bardziej opryskliwy. Pieniądze z pensji kończyły się coraz szybciej, pomimo, że pracy było coraz więcej. Nieregularność doprowadzała mnie do rozpaczy, ale nie chciałem wymiękać. Szef zaczął krzyczeć głupoty w niezrozumiałym dla mnie języku – język furii i agresji. Polska norma. Chciałem sam na niego nakrzyczeć, ale uważam, że słabszych nie należy bić, ani stosować innych kar.

Po kilku miesiącach na szczęście zaczęliśmy się docierać i na twarzy szefa zaczęły pojawiać się grymasy zadowolenia. Pomimo, że dawał mi gównianą robotę, robiłem ją nawet czasem z uśmiechem.

Mniej więcej po półtora roku, szef zaczął mówić ludzkim głosem (tak! nawet ten ordynarny cham zaczął przejawiać emocje i dawać urlopy i premie!). Pojawiło się światełko w tunelu.

Kolejne lata przynosiły poprawę naszych stosunków. Szefuncio okazał się dobrym człowiekiem. Nadal gdera i narzeka, ale udaje nam się realizować wspólne projekty. Zamiast wiecznej wojny wybraliśmy drogę partnerską. Podpisaliśmy nową umowę. Tym razem o współpracę. On nie jest już moim szefem. Staliśmy się partnerami w biznesie. Moja żona objęło stanowisko głównego managera. Ja jestem partnerem od kwestii finansowych.

Mój były szef stał się kierownikiem ds. promocji. Wziął do biznesu swoją dobrą znajomą, która przejęła jego stare obowiązki. Teraz ona gdera i wydaje rozkazy, a on zyskał ludzkie oblicze.

Tak, chodzi o moje dzieci. Szefem był syn, ale zamienił się w fajnego kumatego partnera. Córka przechodzi jeszcze drogę domowego Janusza Biznesu, ale już widzę światło, że jej przejdzie.

Nasza rodzinna “firma”, ma już ułożoną strukturę. Każdy znalazł swoje miejsce.

2 KOMENTARZE

  1. Dokładnie tak jak u mnie. Mąż odpowiada za finanse, ja za logistykę dnia codziennego. Najgorsze jest to, że do byle jakiej roboty trzeba mieć nie wiadomo jakie dyplomy i kwalifikacje, a do bycia rodzicem nie – a przecież to najtrudniejsza praca ze wszystkich i nie każdy się do niej nadaje 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here