Im dalej w las, tym bardziej lubimy w naszym domu gotować. My sami popadamy w coraz to większą zajawkę. Nie dość, że szukamy nowych smaków, nowych półproduktów, dodatków, to jeszcze staramy się pewne praktyki przenosić do domu. Wiemy doskonale, że gotowanie z dziećmi nie jest łatwe, ale wiemy też, że uczenie gotowania dzieciaków powoduje, że dzieci bardzo się usamodzielniają. Im więcej własnoręcznego gotowania, tym częściej nasze dzieci wybierają zdrowsze jedzenie. Mając do wyboru junk food i coś zdrowego, wybierają to zdrowe. Samo się to nie dzieje, to długotrwały proces. Prawdopodobnie nikogo nie trzeba przekonywać, że im zdrowiej się odżywiamy, tym lepiej przeżywamy nasze życie.

Puść w niepamięć sprzęt z telezakupów Mango

Wszelkie pokłady zdrowia zaczynają się od jedzenia. jedzenie to paliwo które napędza ciała nasze i naszych dzieci. Warto zgłębiać wiedzę o tym, jak robić dobre paliwo w naszych domach. O! Od lat ’90tych zmieniło się w naszym kraju sporo. Nie jesteśmy już zmuszeni używać podstawowych narzędzi takich jak nóż, tarka, deska do krojenia i ewentualnie mikser. Wielu z Was słyszało pojęcie “robot kuchenny” i prawdopodobnie wszystkim nam kojarzy się on przede wszystkim z jakimś sprzętem z Telezakupów Mango. Sam w swojej karierze miałem trochę taniego sprzętu do gotowania w domu. Wiecie… sokowirówka po której dłużej się sprząta niż jedzie do sklepu po sok. Mikser, który ma 150 końcówek, ale nigdy nie wiesz gdzie jest ta najbardziej potrzebna. Albo ekspresy do kawy. Na co to komu?

Philips MultiCooker Black – “The Man Thing”

Ah, to kocham w blogowaniu. Możliwość zabawy różnymi zabawkami. Jak to się mówi: facet nie przestaje się bawić, ma tylko coraz droższe i lepsze zabawki. That’s right! A dla mnie sprzęt do kuchni to równie ważne zabawki, co smartfon i laptop. Serio.

Design tego sprzętu…

Do tej pory miałem Thermomixa jako wykładnię “ładnego sprzętu”. Ale póki co, palmę pierwszeństwa przejmuje Philips MultiCooker 🙂 Ten jest czarny, mógłbym go położyć obok swojego smartfona S4 i wyglądałyby jak pasujący do siebie bracia. Serio, minęły czasy brzydkiego sprzętu. MultiCooker mógłby stać na biurku obok drukarki i routera i nie trzeba by było się za niego wstydzić.

A co on umie?

Oh! Sporo!

W Multicookerze ugotujesz tradycyjne polskie dania: gołąbki, bigos czy pomidorową, usmażysz omlet, kotlet schabowy lub placki, zrobisz warzywa lub rybę na parze, a także upieczesz ciasto, a nawet przygotujesz domowy jogurt lub dżem. Wszystkie te potrawy będą jeszcze smaczniejsze niż gotowane w tradycyjny sposób, a ich walory odżywcze zostaną w pełni zachowane.

Mają one aż 15 automatycznych programów i 25 ręcznych ustawień temperatury. Philips MultiCooker’y zostały wyposażone w podwójną grzałkę o większej powierzchni bezpośredniego podgrzewania, która zapewnia wyższą temperaturę i bardziej równomierne gotowanie. Urządzenia posiadają łatwy w obsłudze czujnik dotykowy i czytelny wyświetlacz cyfrowy z zegarem i minutnikiem. Dla zachowania bezpieczeństwa i komfortu dla rodziców Multicookery posiadają zabezpieczenie przed dziećmi.

W środku urządzenia siedzi ukryty garnek. Profesjonalnie mówi się na ten garnek “misa”. Misa ma pojemność pięciu litrów. To sporo. Gdybyście przygotowywali zupę, starczyło by dla sześciu osób. To dobre rozwiązanie na męskie gastro-party, albo dla rodziny. Ah, ja lubię smart-urządzenia, więc cieszę tutaj taką opcją jak ustawianie godziny o jakiej jedzenie ma się odgrzać. Niby stara funkcja, ale tutaj jakby nabiera nowego znaczenia. Planujesz, że rano zjesz ciepły posiłek. Budzisz się i jest gotowy. Funkcja ukryta pod nazwą 3D powoduje, że jedzenie odgrzewa się zdrowo i na czas.

A dla kogo to jest?!

Nie wiem jaki jest idealny odbiorca do tego sprzętu. Mogę domniemywać, że jest to przede wszystkim facet. Taki, który chciałby mieć w życiu łatwiej. Równocześnie taki, który (jeśli nie ma żony) to chce zaimponować swojej dziewczynie, że umie zrobić coś więcej niż frytki z piekarnika. Albo dla singla, który ma głowę wypełnioną świadomością na temat tego, jak ważne jest jedzenie. Ale przy okazji to jest też sprzęt, który pozwoli studentowi z akademika jeść coś więcej niż parówki. W pewnym sensie MultiCooker to mała kuchnia w jednym urządzeniu. Nie załatwi wszystkich spraw, ale może być jednym z centralnych urządzeń w kuchni.

Wiecie co da się na tym zrobić? Pokażę Wam co zrobiliśmy my.

Spróbujcie i bawcie się dobrze!

Łącząc takie tematy: MultiCooker + Żona + Czekolada = przemistrzostwo świata
Łącząc takie tematy: MultiCooker + Żona + Czekolada = przemistrzostwo świata

Chcecie zobaczyć jak się robi ciasto w 20 sekund?


A gdyby jakiś facet zastanawiał się “a po co mi to?”, to odpowiedź mam tutaj: dewolaje? Da się zrobić właśnie takie.

Sprzęt na którym da się zrobić "dewolaja" to dobry sprzęt :)
Sprzęt na którym da się zrobić “dewolaja” to dobry sprzęt 🙂

Takie coś. Głodny?

A właśnie. Ten tekst piszę już trzy dni. I wiecie co…

Odgrzewane kotlety

Zazwyczaj powyższy tytuł można by odczytać z pejoratywnym wybrzmieniem. Ale nie tym razem. Ten sprzęt podgrzeje Ci kotlety, np. dewolaje z naszego wczorajszego obiadu. Albo podgrzeje cały obiad. I jest to proste, acz cudowne rozwiązanie. Bo nie jest to mikrofala, po której mam wrażenie jakbym jadł buty… tak próbowałem kiedyś buta, żeby wiedzieć jakie ta przenośnia ma dosłowne znaczenie. MultiCooker ogarnia temat w sposób zdrowy i bardzo praktyczny.

Odgrzewane kotlety też są pyszne :)
Odgrzewane kotlety też są pyszne 🙂

Wracając do przyjemnych rzeczy.

Jeden MultiCooker może być Twój!

Wystarczy tylko przez chwilę ruszyć głową i napisać tak, żeby Twój komentarz był ciekawy i merytoryczny. Wybiorę jedną wypowiedź, ta która spełni dwa subiektywne warunki: będzie opowiadać o smacznym jedzeniu oraz będzie zabawna – otrzyma MultiCookera na własność. Warto, bo to bardzo przydatny sprzęt 🙂

 

Zabawa brzmi tak:
Opisz w komentarzu swoją najśmieszniejszą historię obiadową:
(każdy z rodziny, może być bohaterem tejże historii – wujek, dziadek, tata, syn, brat, córka, mama…)

Na odpowiedzi czekam do 19.04, godzina 22:00

29 KOMENTARZE

  1. Mój starszy syn uświadomił mnie kiedyś jak wyglądają strategie przedszkolne aby nie jeść obiadu.
    Najpierw należało uprzedzić panią, że nie chcemy jeść. Po negocjacjach pani mówiła:
    1. “To zjedz chociaż połowę” – wtedy trzeba było ułożyć cały obiadek na połowie talerza.
    2.” To zjedz chociaż mięsko” – wtedy mięso chowamy pod kartofle i kapustę.

    Można też rozbabrać jedzenie po talerzu żeby wyglądało, ze dużo już zjedzone.

    W ostateczności trzeba było “zacząć ryczeć” – tak długo aż pani odpuści…

    Pozdrawiam

  2. Dzieci jak to dzieci maja etap niejedzenia badz jedzenia jednej rzeczy, akurat mieliśmy etap niejedzenia, byl piatek wiec plan prosty, ziemniaczki z cebulka + maslanka, ale mój syn – nie.
    Wiec na całym talerzu rozgniotlem ziemniaki w okrąg, wycialem miejsce na oczy nos i buzie, “potargalem” wlosy, puste przestrzenie zalalem maslanka. Wtedy ziemniaczany chlopek byl fajny no i zniknął caly.

  3. Obsada: niespełna trzyletnia siostra męża, teściowa. Przyjęcie w domu. Ważni goscie. Dziecko znudzone. Staje na środku salonu i mówi: “goście idźcie”. Teściowa zbladła, zagaduje gości. Mała powtarza drugi raz, trzeci. W końcu jeden z gości pyta- co ona mówi? Teściowa ściemnia- “goście, jedzcie” proszę, sałatka, pieczeń…” Na to wszystko poirytowana mała na cały głos- “nie, goście tepu tepu domu”. 🙂

  4. “Najśmieszniejszym” obiadem był obiad bez obiadu. Przychodzili do nas przyjaciele z synkiem. Miała być zalewajka i domowa, pyszna pizza. Niedługo przed przyjściem gości mąż stwierdził, ze zupę trzeba jeszcze przyprawić. Mój 3-letni synek uznał, ze jest to świetny pomysł i on “SAM” to zrobił. Mąż, jak przystało na wspaniałego ojca, wręczył synkowi torebeczkę z pieprzem, której co najmniej połowa znalazła sie błyskawicznie w zupie. Mąż zamiast wyławiać tonę pieprzu z zupy, radośnie wszystko zamieszał. Jak mozna sie spodziewać, zupa, nazwana “pieprzową”, nie nadawała sie do jedzenia. Mąż zaczął ją “naprawiać” dodał wodę i dużą ilośc śmietany … Niestety nie pomogło. Zmieniło sie tylko w wodno-śmietanowo-pieprzowy wywar. Na szczescie miała uratować nas pizza… No cóż, prawo serii. Ciasto z nowego przepisu, jak sie okazało, powinno sie piec max 20 minut, a nie 30. Pizza była czarna. Biedni nasi goście próbowali przez grzeczność spróbować tych dań, ale nie miałam sumienia patrzeć na ich miny. Dobrze, ze sa jeszcze telefony, wiec w ciagu 30 minut był u nas dostawca z pizza.
    Nie powiem, marzy mi sie urządzenie, które pomoże moim chłopakom w przyrządzaniu zdrowych i jadalnych posiłków.

  5. “Młody” swoje pierwsze fascynacje ‘resorakami’ HotWheels przeniósł na… talerz obiadowy i zorganizował sobie świetną zupę: “Rosół Gorące Koła”. Nie wiem czy mu smakowało ale wcinał jak nigdy. Żeby uniknąć takich akcji jak na poniższym zdjęciu, przydałby się MultiCooker 😉

    http://www.imageupload.co.uk/image/ZTka

  6. u nas najlepszy numer był kiedy moja wówczas 4 letnia córka podczas odwiedzin u cioci weszła radośnie i pyta co będzie na obiad? Ciocia mówi zupa pomidorowa, na co Młoda przymilnie do cioci – ciociu a zrobisz zupkę ogórkową. Ciocia chcąc nie chcąc uległa namowom i przemodyfikowała się obiadowo. Zadowolona nalała na talerz zupę, Młoda gmera po talerzu łyżką i mówi – Ciociu trochę zupka dobra a trochę nie dobra, ale czemu w tej zupie są ogórki? Ja nie lubię ogórków 🙂
    Weź dogódź kobiecie.

  7. Dobra.. wstyd się przyznać ale było tak.. wpadam do domu rodzinnego (czytaj na darmową wyzerke u rodziców ) głodna.. patrze- jest !! Zupka, cieplutka kluskugotowane.. nakładam i się zajadam.. wchodzi mój tata i się pyta- Smaczna zupka?
    -oczywiście.
    – to dobrze. A pieczarkowej już nie bedziesz jadła? Tu zglupialam bo jadłam rosół.. Ojciec się śmieje i mówi że jeszcze nie widział żeby ktoś jadł wywar pod zupę, nie doprawiony i żeby tak mu smakował..
    Śmieszne.. do tej pory jak przyjeżdżam to udają że chowają zupę i głośno krzyczą że jeszcze nie gotowa..

  8. Będąc w ciąży pewnego dnia ogarnęła mnie rządza eko-jedzenia, więc wybrałam się na targ. Pomysł prosty, mega zdrowa kolorowa sałatka: świeży szpinak, marchewka, burak, kalarepa, ogórek, pestki dyni, wszystko polane pyyyyysznym sosem z musztardy, cytryny i miodu…ślinka leci na samą myśl. Zrobiwszy zakupy, wróciłam do domu i niemal od razu wzięłam się za przygotowanie obiadu. Szpinak umyłam rozłożyłam żeby się wysuszył, resztę składników pokroiłam i zabierałam się za łączenie wszystkiego ze sobą kiedy do kuchni wpadł mój mąż, który bardzo lubi podjadać jeszcze nie gotowe dania, co mnie mocno irytuje. Tak było i tym razem, złapał liść szpinaku iii mocno się skrzywił pytająć czy ten szpinak powinien być taki kwaśny?! Zrobiłam wielkie oczy… jak to kwaśnyyy??? Okazało się że kupiłam SZCZAW… na szczęście nie zdążyłam połączyć go z resztą składników. Mąż szybko skoczył po prawdziwy szpinak i sałatka została uratowana. Od tamtej pory nie wściekam się na męża jak podjada mi w kuchni, a dodatkowo mam dowód że tzw. “debilizm” ciążowy istnieje, bo ja na straganie poprosiłam o szczaw myśląc o szpinaku (to na “Sz” i to na “Sz”).

  9. Czy historia jest o smacznym jedzeniu- nie wiem, ale śmieję się zawsze, gdy sobie ją przypomnę.
    Maj- komunia brata. Pamiętam dokładnie, bo miał dostać chomika (mega zazdrość z mojej strony). Dzień śliczny, wszystko przygotowane, rosół się chłodził przez noc na balkonie- super. Na balkonie też czeka w rogu w akwarium prezent-niespodzianka chomik. Napiszę tylko tyle- brat chomika nie dostał, a rosołu na obiad nie było. I znowu się śmieję! hihihi

  10. Nie wiem czy to zabawne dla kogoś kto jest “wwrażliwy” 😉 kiedyś przy rodzinnym obiedzie rozmawialiśmy z tatą na temat kota, którego ktoś niestety śmiertelnie potrącił obok naszego bloku. Po dokładnym opisaniu wszystkich wnętrzności które widzieliśmy na zewnątrz przeszliśmy do białych robaczków 😀 i tak byliśmy pochłonięci, że naszą dyskusję przerwał odgłos wyrzucanego obiadu przez moją mamę, która niestety nie dała rady 🙂 do dziś historia ta wywołuje nasz śmiech…a mama no cóż…:-D

  11. Kiedy przyszedł czas w moim życiu na zmiany i na palcu zagościł pierścionek, przeprowadziłam się do Narzeczonego. Nie wyniosłam z domu rodzinnego zbyt wielu umiejętności przyrządzania potraw. Musiałam uczyć się wszystkiego od.. Zera. Do wszystkiego dochodziłam metodą prób i błędów. Chcąc się przypodobać mojemu przyszłemu mężowi i przygotować wyśmienity i prawilny rosół. Zadzwoniłam do babci, pytając, jakie dodatki mam wrzucić. Po dłuższej chwili zupa cichutko “mrugała”, dając znać, że jest już gotowa. Cóż. Nie wszystko poszło gładko. Jakież było zdziwienie mojego Kuby, gdy zerknął do garnka. Biedak aż jęknął. – Kasiu… Co to jest? – Jak to co? Rosół! – No tak… Ale.. Niebieski?… Wyjaśniam. Babcia powiedziała: “Aaaa no i możesz wrzucić jeszcze kawałek kapusty. Tak do smaku.” Wrzuciłam, ale czerwoną – bo taka była akurat w lodówce. Taka ze mnie była kucharka. 🙂 na szczęście dziś to już przeszłość. 😀

  12. Historia dotyczy wujka Feliksa i na sama mysl juz sie smieje. Wujek powedrowal na pierwszy obiad u przyszlych teściow. Lata 70 wujek w tweedowej marynarce na ktora pracowal caly miesiac zasiadl przy stole z trzesacymi sie nogami chcac zrobic jak najlepsze wrazenie. Tesciowa staropolskim zwyczajem podala na stol Litewska potrawe babke ziemniaczana z ktorej slynela w calej okolicy. Wujek z tej okolicy nie byl i babki sie nie spodziewał. Na widok podanego dania wrecz zbladl. Nie nawidzil babki z ziemniakow. Wykorzystal wiec okazje kiedy gospodarze powedrowali do kuchni po kompot i inne dodatki i poswiecil sie biedak chowajac cala zawartosc talerza do kieszeni nowiuskiej tweedowej marynareczki. Zadowolony z siebie ze wybrnal z twarza z calej sytuacji nie spodziewal sie biedny Felek co bedzie dalej. Gospodyni była wrecz przeszczesliwa ze przyszlemu zieciowi tak smakowalo ze nie pytając od serca nalozyla mu dokladke 🙂 niestety kompot juz byl na stole i jedyne co mogl zrobic wujek w imie milosci to sie poswiecic i zjesc. Biedny do dzis ma traume a ta historia jest powtarzana w naszej rodzinie przy każdym obiedzie na ktorym jest babka ziemniaczana w roli głównej.

  13. Nasza historia brzmi nieprawdopodobnie, ale ta seria niefortunnych zdarzeń, niestety wydarzyła sie na prawdę. Zaprosiliśmy do nas rodzinę na wielkanocny obiad. Wśród gości była moja ciotka i jej córka z dziećmi (Kasią i Piotrkiem). Ciotka znana jest z tego, że w kuchni jest perfekcjonistką i zjedzie każdego kto nie jest. Postanowiłam zrobić na obiad rosół, który wychodzi mi na prawdę dobrze. Kiedy przyjechali goście, chciałam odlać rosół (żeby był bez warzyw), więc włożyłam durszlak do zlewu i wlałam zupę. Dopiero po chwili skapnęłam się co zrobiłam…że rosół już dawno jest w kanalizacji.
    Ale nie poddałam się i na szybko zrobiłam Żurek z torebki. I mówię do męża “takie gówno z torebki, ale grunt, że jest”. Usiedliśmy do stołu, a ciotka pyta co to za zupa, na co mały Piotruś “gówno z tolebki”. Myślałam, że umrę ze wstydu.
    Ale najlepsze jeszcze przed nami! Siedzimy sobie razem przy stole, a w piekarniku kaczka. Przepis banalny, już zdążyłam się pochwalić, że zupa słaba, ale w pieczeniu kaczki jestem mistrzem. Nagle mąż do mnie: “coś się pali”. Rozejrzałam się po pokoju, a z drzwi kuchennych wydobywa się dym! Biegnę do kuchni i zastanawiam się co się stało, mięso ma jeszcze 15 minut, żeby dojść…otwieram piekarnik, a z kaczki został czarny wiór! Okazało się, że moje dziecko podkręciło temperaturę w piekarniku do 230 stopni.

    Oczywiście na ogół dobrze gotuję, to znaczy tak twierdzi mój mąż… Ale sam rozumiesz, że multicooker by się przydał 😉

  14. Moja najśmieszniejsza historia wydarzyła się w Wielkanoc. To była pierwsza Wielkanoc, którą przygotowywałam sama w domu. Wisialam z mamą na telefonie, dawała mi instrukcje, jak zrobić galaretę drobiową.Postępowałam zgodnie z instrukcjami do momentu kiedy trzeba bylo wsypac do wywaru żelatynę. Oczywiście wsypałam odmierzoną ilosc i nagle cała zawartość garnka spieniła się potwornie i postanowiła sama opuścić naczynie. Wpadlam w panikę, nie wiedząc totalnie co się dzieje. Okazało się,ze żelatyna, byla w opakowaniu, o takim samym kolorze, co soda oczyszczona,a ja zagadana z mamą nie zwrociłam uwagi na konsystencję proszku.

  15. Gotowanie to ciężka robota. Historia, która mnie kiedyś bardzo bawiła wydarzyła się jeszcze przed moimi narodzinami. Kiedyś nie było internetu, mięso było na kartki, no ogólnie ciężko się żyło. Moja ukochana mama postanowiła swojemu narzeczonemu zrobić kotlety schabowe. Gdzieś usłyszała, że trzeba je stłuc młotkiem. Ponieważ bardzo mojego tatę kochała to postanowiła całą tą miłość wtłuc w kotlety, żeby dobre były. Cóż… jak z nimi skończyła to można było przez nie patrzeć jak przez firankę. Dlaczego ta historia mnie bawiła? 30 lat później zrobiłam dokładnie to samo dla swojego narzeczonego 😀 Jak się kocha to chce się jak najlepiej i jak najwięcej 🙂

  16. Opowieść o jedzeniu, ale nie wiem, czy smacznym… 😉
    Ciotka mojego męża na początku małżeństwa z wujkiem, zrobiła na obiad kotlety mielone. Wujek je obiad i mówi: – jakieś dziwne te kotlety, moja mama robi takie dobre… I w tym momencie ciocia zabrała obiad i wyrzuciła przez okno.
    Podobno więcej wujek nie narzekał 🙂

  17. Po dobrym jedzeniu…
    Moja koleżanka chciała zrobić tort. Kupiła gotowy biszkopt, przełożyła go różnymi kremami i już. Jak przyszło do krojenia to zaczęła się zastanawiać dlaczego ten biszkopt jest taki twardy. Woła swojego faceta i razem się zastanawiają aż w końcu okazało się, że nie wyjęła folii, która była pomiędzy biszkoptami 🙂

  18. 1/ najlepsze przygody z obiadem wg mnie to napisała już Małgorzata Musierowicz w Opium w Rosole. Mała genialna Geniusia która pukała do obcych ludzi i rzucała prosty acz akuteczny tekst: Dzień dobry przyszłam na obiadek…! Zyskała przyjaciół no i ca le tam były przygody i perypetie wokół tych obiadów….
    2/ u mnie w domu przygody są zawsze na święta bo mama się biesi, i mówi O tyyle jedzenia, tak się objedliście na śniadanie, potem ciasta… to może dziś bez obiadu? moje siostry dająsię nabrać. ja nigdy. moja mama naraża się na niebezpieczeństwo. obiad musi być.aaa. i ziemniaki. jako dodatek, niechętnie przystaję na inne dodatki. więc w tym roku obiad świetaczny u jednej z sióstr: to co, moze bez obiadu? 11 objedzonych osób patrzy błagalnie a ja ważąca 110 kg mimo to mówię, no nie Obiad Musi być! i był. i wszyscy zjedli. a moja mama była w tym czasie u drugiej siostry, więc pytam na wszelki wypadek: co u Was na obiad? a moja siostra niepocieszona: dalismy się przekręcić….

  19. Zakochałam się kiedyś na amen – no może nie do końca, bo przed ołtarzem nie wylądowaliśmy, w boskim P., który mieszkał bardzo daleko ode mnie. Na szczęście tak jak ja był romantykiem i często pisaliśmy do siebie zamiast elektronicznych wiadomości najprawdziwsze listy. Mieliśmy wtedy oboje po dwadzieścia kilka lat. Pewnego dnia późnym popołudniem tym razem drogą telefoniczną uszczęśliwił mnie mówiąc, że nazajutrz przylatuje na kilka dni. To była czysta euforia, siódme niebo i w ogóle stan nie do opisania. Jak się zapewne większość tu zebranych domyśla, nie spędzałam w tych dniach zbyt wiele czasu w kuchni. Niemniej jednak w myśl powtarzanej często przez moją matkę zasady „przez żołądek do serca” dnia jednego, bynajmniej nie rano, ale tak mniej więcej tuż po Hejnale postanowiłam wzbić się na wyżyny moich kulinarnych umiejętności i zaserwować mojemu kawalerowi jajeczko. Dodam, że smażone. Strasznie mi się musiało spieszyć, bo jajecznica wylądowała na talerzach w stanie bardziej płynnym niż ściętym. Mimo swojej niedoskonałości została skonsumowana.
    Wspomnienie o niej trochę mnie uwierało jak za ciasne buty, bo wiadomo, że prawie każdy chłop lubi, jak baba umie gotować, a tu takie faux pas. Tak więc w następnym liście napisanym tuż po odlocie mojego amanta między wspomnienia o niezapomnianych wspólnie spędzonych chwilach wplotłam kilka słów przeprosin za „zupowatą” jajecznicę. Romantyczny liścik napisałam na komputerze, wydrukowałam, poleciałam na pocztę i już koperta frunęła prosto do jego boskich rąk.
    Na drugi dzień sprzątając biurko wzięłam do ręki kopię listu – wydrukowałam dwa razy, bo mi się w pierwszej wersji czcionka jednak nie podobała i omal mi serce nie stanęło. We fragmencie o jajecznicy zamiast „zupowata” napisane było „dupowata”. Word zmienił słowo mu nieznane na inne, a ja tego nawet nie zauważyłam. Dobrze, że nikt nie widział, jak płonęłam ze wstydu. Boski P. zapewne z niedowierzaniem kręcił głową czytając ten list i wiele bym dała, żeby zobaczyć jego minę. Tak czy inaczej mieliśmy potem oboje powód do śmiechu.

  20. Moja córa umie jeść łyżką i widelcem ale co tam, ręce sa najskuteczniejsze:)
    Dałam jej na stolik pokrojonego ulubionego kotleta, najsmaczniejszego ogórka i najlepszy z najlepszych jogurt waniliowy tłumacząc najpierw kotlet i ogórek a później jogurt i poszłam wstawić pranie.
    WRACAM: moje dziecko jest upierdzielone jogurtem od czubka włosów, pod pachami aż po paluszki stóp (fotelik included) a pod bluzką schowany kotlet i ogórek na później.
    I pytanie na koniec, co robił jogurt? A no jogurt to przecież krem do ciała bo mała widziała że przecież się takim smarowałam po kąpieli i mówiłam że tak trzeba 🙂

    Nie wiem jaki jest idealny wygrany ale ja chciałam wygrać to urządzenie dla naszego bliskiego przyjaciela, samotnego taty dwójki rozrabiaków pracującego na mordorze, któremu na razie zrobienie ciacha lub dobrego obiadu jest marzeniem.

    aleksandra.lenarczyk@gmail.com

  21. Teściowie zaproszeni do nas na niedzielny obiad-ooo matko.Już od piątku ustalam menu,aby wszystko było na tip-top.W sobotę zakupy zrobione,mięsko w marynacie,pół nocy ze zdenerwowania nie przespane.Yes, ziemniaczki pieczone,kluseczki ,pycha sosik, pieczeń,która o dziwo nie wyszła sucha,de volaille i nawet deser zrobiłam(Pani Walewska,ulubione ciasto Teściowej)czy ja się podlizuję?ależ skąd! ale co to?przecież nie mam surówki,poległam,teść nie tknie obiadu bez surówki, no chyba że będzie chciał mi zrobić przyjemność.Nie ryzykuję.Wyciągam kapuchę że słoika,wrzucam do miski wraz z kilkoma dodatkami+sos z paczki.Rzutem na taśmę.Już są,jemy pyszny obiad i słowa teściowej:no tak pysznej surówki już dawno nie jadłam,mogę prosić o przepis?Yyy aa ee,to już Mama z moim mężem musi rozmawiać,dzielnie pomagał mi przy obiedzie i surówka,to jego dzieło.ha ha,do dziś mamy z tego ubaw.

  22. Boska Żona wróciła ze szpitala, z Moim Boskim Synalem. Jako Wszechmocny Mąż i Ojciec wszystko staram się ogarnąć, również jedzenie. A co! Ja nie dam rady? Pewnie, że dam. Gotowana marchewka, którą przyrządziłem mej lubej przeszła do historii naszej rodziny. Jak mówi moja Żona – to był budyń, z dodatkiem marchewki. Nie dało się tego nawet zamieszać – łyżka raz wbita, nie drgnęła. Bo mąki nie dodaje się w stosunku 1:1 do ilości marchewki. 🙂

  23. Podczas wigilijnej kolacji mój synek z niecierpliwością wyczekiwał momentu, kiedy bedzie mógł rozpakować mikołajowe prezenty. Umowa była jednak taka, że będzie mógł to zrobić dopiero kiedy wszyscy członkowie rodziny skończą kolacje. Uważnie przypatrywał się każdej osobie przy stole i z uśmiechem na twarzy patrzył, jak rodzina kończy posiłek. Nie spodziewał się jednak iż jego dziadek jest wiecznym głodomorem i mógłby spędzieć przy stole cały dzień. Kiedy po długim wyczekiwaniu dziadek na chwile odłożył sztućce, aby sięgnąć po oddaloną od niego sałatkę syn sybko zabrał mu talerz spod nosa i z poważna minom powiedział ,,Ty już się najadłeś dziadku” i wyniósł zastawe do kuchni po czym z ,,bananem” na buzi ruszył do rozpakowywania prezentów 🙂 mina i konsternacja dziadka oraz reszty rodziny bezcenna! 🙂

  24. Moja historia obiadowa była jakies 20 lat temu jak byłam z rodzeństwem u dziadka:) Mianowicie, dziadek zawsze gotował tłusto i kazał nam zjeść jednego dnia rosół z tak wielkimi okami z tłuszczu i czyms dziwnym jeszcze, że siostrę i mnie, aż wykrzywiało, za to mój brat zachwycał się jakie to pyszne:) Więc z moją siostrą stwierdziłyśmy, że te nasze tłuste oka i to coś, będziemy przelewały bratu łyżką, na co on chętnie się zgodził, niestety po krótkiej chwili on też stwierdził, że nie będzie tego jadł:) Myśląc co tu z tym zrobić i jak tego nie jeść najpierw wylewaliśmy po trochu do zlewu (jedliśmy w kuchni), tak żeby dziadek nie usłyszał. NIestety to nie był dobry pomysł, szybko wpadliśmy na pomysł, że będziemy strajkowac:) I tak we trójkę chodziliśmy w około między kuchnią, korytarzem, a dużym pokojem maszerując i krzycząc: Strajkujemy, zupy nie zjemy:) Dziadek zdezorientowany, szybko zadzonił do mamy poskarżyć się, cytuję “Cholera oni mi tu strajkują”. Dzięki naszemu strajkowi i telefonowi do mamy nie musieliśmy jeść zupy;)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here