Wiele razy doświadczyłem tego stanu. Moment w którym liczba rzeczy, które muszę dokończyć, jest większa niż siły jakie jeszcze mi pozostały. Rok temu nie potrafiłem odpocząć nawet na chwilę. Taki paradoks. Uciekałem od tej systematyczności w szkole, a potem wpadłem w pułapkę robienia wszystkiego do końca – już w dorosłym życiu.

Później oczywiście znowu mi przeszło. Okazało się, że czasami trzeba po prostu iść z prądem. Robić tyle ile się da. Nie oszukiwać się, że wypruwanie żył za każdą sprawę popłaca. A przede wszystkim nie oszukiwać się, że zmęczony człowiek może robić to samo co ktoś kto ma czas na wypoczynek i regenerację.

Człowiek uczy się matematyki. Dwudniowa choroba z przemęczenia jest gorsza, od jednego poniedziałku przesiedzianego 9-17 w pracy. Dlatego lepiej czasem dać sobie umrzeć na kanapie. Najeść się wszystkiego co jest dobre i kazać żołądkowi coś z tym zrobić.

W naszym domu niestety mamy tę przypadłość, że umiemy odpoczywać. Niestety tylko przez 5 minut. Alergicznie oddziałujemy na nudę. Nuda jest słaba. Od nudy da się umrzeć.

No i postąpiłem ostatnio zgodnie z tą zasadą. Jak już nie dawałem rady pisać na blogu, to zgodziłem się na dodatkowe pisanie artykułów do Gazeta.pl

Napisałem do tej pory cztery teksty. Zauważyłem przy tym pewną zależność. Wychowany na rock and rollu, pisząc, skupiam się na skrajnych emocjach. I najlepiej idzie mi odnajdywanie się w tych ciemnych. Pierwsze teksty, które napisałem były ciężkawe. Ale od tego zwyczajowo zaczynam proces twórczy. Od rodzicielskiej depresji 🙂 A potem jest tylko lepiej.

Zacząłem pisać od “Musimy dawać radę“. Czasami pisze się takie teksty – auto-terapie. Nie dajesz już rady? To powiedz komuś innemu, że musi dawać radę – bo tak. Później nie masz już wyjścia. Żeby nie wyjść na hipokrytę musisz postępować tak jak sam powiedziałeś.

Później “Nie ma co udawać sztucznej perfekcji“. Trafiają się tacy kolesie, dla których rodzicielstwo to pewien wzorzec do wypełnienia. Wszystko zawsze pięknie, wszystko przemyślane. Relacje rodzinne poukładane, wszystko gra. Normalna rodzina, Janusz, Grażyna.

Jak dla mnie rodzicielstwo nie jest niczym perfekcyjnym. Każdy poranek uświadamia, że nic nie wiemy, nic nie umiemy i musimy uczyć się wszystkiego od nowa. Dzieci nie wstają równo ze słońcem, z uśmiechem na twarzy i kanapką z porcją nutelli w plecaku. Całkiem odwrotnie. Jak pada deszcz, to nikomu się nie chce żyć. Jak gdzieś wyjeżdżamy, to stoimy w korku. Są ludzie, którzy ogarniają życie perfekcyjnie – szanuję to – delikatnie ale zdrowo zazdroszczę – trwajcie w perfekcji.

I jak taki ciąg myślowy później skwitować? “To nie wina rodziców, że brakuje im czasu“. Trochę było to rozgrzeszenie? Kiedyś poznałem taką zasadę “jeśli kogoś obwiniasz, oddajesz mu tym samym władzę”.

Weszło mi to w nawyk i kiedyś za wszystko obwiniałem siebie. Dawało to pełne poczucie kontroli nad każdą sytuacją. Zawsze winny, zawsze u władzy. Z dziećmi ta perspektywa się zmienia. Przychodzą nowe sytuacje: Bo to nie twoja wina, że latorośl puściła dzisiaj 4 pawie na podłogę i zamiast pracować – pierzesz dywany. Z czasem nie wygrasz. Zapiernicza do przodu i nie czeka.

Jak tu obwiniać siebie? Władzę ma ten kto puszcza pawia, a to już zdecydowanie nie jest wina rodziców. Może w głupi sposób, ale mam prostą konkluzję: nie za wszystkie sukcesy i porażki jesteśmy odpowiedzialni. Czasem po prostu jest jak jest.

Nam udało się spędzić dzień we dwoje. Tylko we dwoje. Nie mieliśmy wcześniej czasu, ale mieliśmy odrobinę szczęścia. Rodzina przejęła dzieci, zaopiekowali się nimi. My w tym czasie mieliśmy czas dla siebie. Choć i tak pojechaliśmy w tym czasie na konferencję podczas której (choć w bardzo przyjemnych okolicznościach – pozdrawiamy See Bloggers) popracowaliśmy.

Za tym zdjęciem stoi prawie doba spędzona w samochodzie. Ale było warto. Musimy dawać radę. Nie ma co udawać. Da się ogarnąć trochę czasu dla siebie.

Na szczęście ciemne chmury związane z przeciążeniem pracą ostatnio zniknęły i wróciliśmy w domu do rzeczy podstawowych. “Magiczna siła dźwięków“. Tak jakbym zapomniał o wszystkim co wiedziałem. Cud świata – muzyka – zapomniana w moim domu. Doprowadziliśmy w ostatnich latach do tego, że jedyne czego pożądamy to dźwięk ciszy.

Jak zawsze przypadek. Lilka zaczęła śpiewać nowy kawałek Coldplay. W związku z tym doszliśmy do wniosku, że za bardzo kochaliśmy muzykę, żeby ją teraz ignorować. Podeszliśmy do tematu szeroko. Przypomnieliśmy sobie i Wam, że dźwięk potrafi leczyć.

I tak oto na ten moment pisałem dla Was gdzie indziej. Mam nadzieję, że lubicie to co czytacie 🙂
pozdrawiam Was!

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here