Pierwszy znak

Świąteczny chaos w domu zaczyna się w momencie, kiedy wszyscy zasiadają aby ułożyć menu świąteczne. Na początku jeszcze każdy grzecznie mówi, co by zjadł, co przyniesie co ugotuje. Potem czeka na opinię. Chwilę później zaczynają się kłótnie. Smaki i niesmaki kulinarne, polityka, samochody… później wszystko miesza się ze sobą. Samochody to wina polityków, złapaliśmy gumę bo prezydent zawetował ustawę o emeryturach. A w aptekach leki na osteoporozę są za drogie. Zaczyna się taki hardcore, że musisz skupiać się na jednej osobie, bo inaczej niczego nie zrozumiesz.

Kiedyś było inaczej?

Jak niemal wszyscy pamiętamy z czasów PRL, rano o 6 trzeba wstawać i wychodzić, kupować. Kupować. Wstajemy rano w świątecznych nastrojach, wiadomo. Od razu zapierdzielamy na zimny bazarek. O dziwo, lud pomyślał tak samo i od bladego świtu w kierunku tego zimnego bazarku suną wszyscy jak lawina. Tworzy się przez to gigantyczny korek. Ba. Czopek. Nie masz gdzie zaparkować samochodu. Ludzi milion. Na przejściu dla pieszych nie obowiązują żadne zasady. No bo k… święta są. Co nie? A jeszcze nawet nie nasypało… Kto wie czy w tym roku nasypie?

Na zakupy wychodzą głównie faceci. Wysyła się facetów. Faceci wysyłani są przez swoje żony. Wysyła się ich bo są silniejsi psychicznie i generalnie jacyś tacy fajniejsi w zakupach. Potrafią przebijać się przez kolejki i urabiać starsze panie na jakieś świąteczne historie.
Facet powie, że potrzebuje produktów dla dzieci… i dostaje te spod lady.
Chyba niewiele zmieniło się do dzisiaj.

No. Udało się.

Kiedy wrócimy już, z włoszczyzną na sałatkę, kiszonymi ogórkami, również na sałatkę…
No właśnie – kiszonymi czy kwaszonymi? To jest jakaś różnica? Osobiście chyba wolę kiszone. Kiszone ogóry. To jest to. Prawdziwy polski smakołyk. Jeśli gdzieś są kwaszone/kiszone ogórki, tzn. że tam Polak przeżyje.

Susz na kompot – jest. Karp w wannie pływa (tak pisze Jacek Cygan), tu od razu uczulam na zachowanie wobec karpia. Zaleca się humanitarne obchodzenie się z przyszłą potrawą. Zróbcie to według przyzwoitych ludzkich zasad. Zagadajcie je na śmierć na przykład. Utopcie albo włączcie obrady sejmu.
I gdy po powrocie z zakupów wszystko wygląda ok okazuje się nagle, że to, co kupiliśmy to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Mamy dopiero składniki na sałatkę. Brakuje jeszcze 115 składników na 20 kolejnych potraw. Święta. Ile miało być? 12? 12 – mało. Wujek nie je maku, bo proteza. On lubi biszkopt…

Wracamy po biszkopty.

Teraz zaczyna się jazda bez trzymanki. Ludzie wpychają się, nachodzą, trykają. Lecą świąteczne ku*wy.
Tzn. nie to, że latają jakieś złe panie, tylko to ludzie wyrażają się niecenzuralnie. Wszyscy jak w jakimś hipnotycznym szale, z klapkami na oczach. W takt z głośników sączy się nastrojowa melodia. Wszystko w duchu świąt. Miłujmy się wszyscy, ale o miejsce w kolejce walczmy jak na wojnie o pokój. Nie odpuszczajmy.

Pan tu nie stał

Nikt nie jest w stanie się skupić. Zakupy trwają kolejne 3 godziny. Przypomnę, że normalny dzień pracy, szarego człowieka, niby ustawowo, to osiem godzin dziennie. Ty właśnie podczas świątecznego odpoczynku, bijesz się z ludźmi na bazarze od 6 rano. Jest czad. Masakra.

Po kolejnym powrocie do domu, zmęczeni jak psy bierzemy się za świąteczne jedzenie – w nagrodę. Bierzemy się za kiełbę i bułkę. Bóg chciał, żeby w naszym domu był przepych. Bułka świętą jest.

Potem to już wielki maraton. Gotowanie, które trwa od tygodnia przed, do miesiąca po. Jedna rodzina gotuje dla 100… żołnierzy. Nie wiem czy wiecie, ale Discovery Channel sprawdziło: polskie żołądki powiększają się do hiper wielkości. Podobno w środku w wyniku wybuchu supernowej, powstaje czarna dziura. Wchłania wszystko. Nie pamięta i nie boli.

Nieważne, że często choć odrobinę mogą nam pomóc wprawieni kucharze. Pierwsza polska zasada mówi: ujebać się jak pies. Nie, pies już był. Jak koń. Jeśli jesteśmy zmęczeni tak, że padamy na twarz, to znaczy, że zasłużyliśmy na miejsce w niebie.
Warto upieprzyć się po szyję. O sprzątaniu nie będę wspominał.

Niech nam gwiazdka wreszcie…

W święta żyjemy jak w muzeum – niczego nie można dotykać. Wokół poważna atmosfera, kapcie na nogach. Wszystko jest NA ŚWIĘTA. Cały dom jest wypchany jedzeniem, ale nie. Nie możesz tego zjeść wcześniej. Czekasz, aż na wielkiej czarnej tablicy pojawi się mała biała kropka. START. Pierwszy sygnał. Dopiero wtedy można przystąpić do świątecznych zawodów. Wcześniej nie można. Jak zjesz wcześniej, to będzie Cię bolał brzuch. Tak naprawdę to babcie powinny mieć ze sobą Tantum Verde, bo przy tej częstotliwości gadania zacznie boleć je gardło.

I teraz dzieci.
Nie moglibyśmy zapomnieć o dzieciach.
Zaczął się właśnie okres, kiedy pozwalamy im na nieco więcej niż zazwyczaj. Hmm – inaczej. Generalnie to one pozwalają sobie na więcej w tym okresie.
Czasami z pomocą przychodzi dziadek, jako mniej obciążony obowiązkami świąteczno-kulinarnymi. Babcie mogą się wtedy w pełni wykazać przygotowywaniem potraw.
Wszystkim przyświeca wspólna myśl: wytrzymajmy do wigilii. Kiedy nastaje ten długo oczekiwany moment i na niebie pojawia się upragniona pierwsza gwiazdka, z przyjemnością siadamy w pięknie wysprzątanym domu, z fajnym jedzeniem i… jemy. Czy jesteśmy zmęczeni? Czy jesteśmy w dobrych humorach? Nieważne, jest święto, więc świętujemy.
Nie ma przebacz. Padamy na pysk, brzuch boli. Wygraliśmy święta, pójdziemy do nieba. Wszyscy będziemy zbawieni. Razem z naszą najpiękniejszą choinką.

 

8 KOMENTARZE

  1. Dlatego my w tym roku robimy święta z bardziej świąteczną atmosferą – czyli tak na luzie. Niech będzie mniej na stole, ale niech wszyscy będą w dobrych humorach i wypoczęci 🙂

  2. Genialne !!! Choć w naszym domu jet już inaczej, bo już dzieciom nie staramy się nieba przychylic i potrawy można wcześniej zjeść i nawet nie ma ich 12, a jak komuś nie smakuje to niecj nie je, bo biszkopta nie będzie… To tekst genialny ! Jakbym cofnęła się w czasie. Do dzieciństwa. Do babci, ktorej już brak.. Nic dodać, nic ująć 😉

    Swoją drogą to Wesołych, itd. 😉

  3. Przeczytałam grubo po świętach i… I powiem Ci, Tato Drogi, że do niedawna byłam rozdarta pomiędzy : uyebac się jak koń a mieć wyjebane na wszystko. Wiem, wiem, skrajności nigdy nie są dobre – no ale po wielu latach realizowania pierwszej opcji desperacko rzuciłam się w drugą. Fakt, było spokojnie, było na luzie, nie było wysprzątane-do-samych-kości, wigilia tylko z trzech, bo i tak większość wymiękała przy szóstym…
    Też fajnie. Tylko wiesz co?… No kurna, CZEGOŚ jednak brakowało. 😉

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here