Za parę dni przyjdzie ten niekoniecznie miły dzień, kiedy to spora część z nas ruszy na cmentarz, żeby odwiedzić swoich zmarłych przodków lub znajomych. Ten dzień nie kojarzy mi się dobrze. Nie spłycając, już sama mroźna pogoda powoduje, że w takiej atmosferze trudno jest o coś miłego. Jeszcze nie było w moim życiu 1 listopada, kiedy byłoby ciepło.

Zawsze ten dzień jest okropnie zimny. Mżawka i wiatr.
Skostniałymi rękami sprzątamy nagrobki. Wyrzucamy wypalone znicze i uschnięte kwiaty. Nie umiem skupić się na niczym sensownym, gdy zamarzam. Dlatego ta zwyczajowa listopadowa wizyta jest dla mnie jedynie symboliczna.

Mam znacznie większą potrzebę pójścia na cmentarz, kiedy jest piękna pogoda. Mam wtedy dobrą atmosferę na zadumę, na analizę wszystkiego co mnie dręczy. Często bywa to terapeutyczne.

Uświadamiając sobie upływający czas, możemy poczuć wiekszą ochotę do działania. Może nas to natchnąć do zmian w swoim życiu, do nowych postanowień. Doceniamy więcej i widzimy więcej. Zdarza się, że nabieramy nowej, odleglejszej perspektywy.

Wizyta na cmentarzu to trochę jak kubeł zimnej wody, po którym masz znów chęć korzystać z życia pełną piersią. Ale wracając do Święta Zmarłych. Ja rozumiem, że nasza główna “narodowa” religia jakoś mocno zakotwiczyła się na etapie “troszkę starczym” i wszystko musimy mieć smutne, bolące. I oczywiście musimy czuć płaczliwy respekt do srogiego stwórcy. Po co tak?

Niektórzy już nawet zapomnieli czy opłakują zmarłych w dobrym momencie. 1 listopada, czyli Święto Wszystkich Świętych, to uroczystość ku czci wszystkich chrześcijan, którzy osiągnęli stan zbawienia i przebywają w niebie. To raczej dobra informacja, prawda? Nie ma co płakać.

Nie musimy w tym czasie na siłę pokazywać wszystkim, że jesteśmy okrutnie smutni. Nie ma też co narzekać na postępujący “trend halloween”. Drugi dzień (2 listopada), czyli Dzień Zaduszny, to tak naprawdę stary, jeszcze przedchrześcijański lub pogański obrządek ku czci zmarłych.

Więc jeśli Dzień Zaduszny to stare zapożyczenie, to czemu oprotestowywać halloween’owe zapożyczenie XXI wieku. W XIX wieku na wschodzie Polski odprawiano uroczystości ofiarne z przywoływaniem zmarłych. Kiedyś również rozpalano ogniska na mogiłach, żeby “dać ciepło duszy”.

Mówimy też często o cygańskich zwyczajach, gdy romskie rodziny przychodzą na tak zwanego “kielicha” na grób rodzinny. A to we wschodniej Polsce jakiś czas temu spożywaliśmy jedzenie i zostawiliśmy jedzenie na grobach, żeby załatwić sobie przychylność dusz.

Najczęściej były to: miód, kasza, chleb i mak.
My też mieliśmy swoje polskie halloween, odbywało się tylko z 1 na 2 listopada. Uważano niegdyś, że tej nocy dusze czyśćcowe wracają na ziemię i błąkają się po niej do białego rana.

Z tą różnicą, że my w Polskiej wersji Halloween baliśmy się duchów, zamiast się z nimi kolegować. Tej nocy nie można było wychodzić z domu, podróżować i należało trzymać się z daleka od kościołów.
Kościół katolicki wierzyl ze zmarli księża przyjdą i odprawią mszę dla zmarłych, dlatego zostawiali trumnę, mszał i stułę. Tylko bardzo wierzacy mogli zobaczyc jak zmarli zmierzają do kościoła.

Nie wolno było wykonywać żadnych prac, które mogłyby zranić dusze. Wierzyli, że dusze wracają na tę noc do swoich dawnych zwyczajów i obowiązków.

Zostawiali dla nich na progu jedzenie i alkohol. Przerażeni czekali, aż ta noc minie. W trakcie kolacji, gdy upadła łyżka nie można jej było podnosić, gdyż dusza musiała się najeść.

Nie wolno było uderzac pięścią w stół, żeby nie wystraszyć siedzących wokół stołu zmarłych, a żywi mogli rozmawiać tylko o zmarłych. Podobno dusze miały dawać znać poprzez skrzypienie desek, śladami w popiele albo samoczynnym otwieraniem się drzwi.
W całej europie w dzień zaduszny rozdawano chleb wśrod bezdomnych, prosząc o modlitwę w intencji bliskich zmarłych. W Polsce sądzono, że dusze przychodzą pod postacią żebraków – dlatego w ten dzień rozdawano im jedzenie.

Wracając do strasznego i znienawidzonego przez niektórych “halloween” „All Hallows’ Eve” – wigilia Wszystkich Świętych, samo święto najprawdopodobniej wywodzi się z celtyckich obrzędów żegnania lata, witania zimy oraz święta zmarłych.
Wierzyli, że tego dnia granica między światem żywych, a umarłych staje się bardzo mała i z łatwością dusze mogą dostać się do świata żyjących.
Duchy przodków czczono, a złe duchy odstraszano poprzez ubieranie ciemnych szat i zakładanie strasznych masek. Więc nie jest tak jak nasze babcie teraz uważają. Nie bawimy się w “głupie przebieranie za stwory”. Po prostu przebierając się za straszydła tylko odpędzamy zmory 😉

Wszystko co złe przychodzi do nas z zachodu?

Pisząc to, zajrzałam do netu, żeby zobaczyć czy ktoś pisze jeszcze o różnych zaduszkowych zabobonach. I oto są one. Znalazłam najciekawsze zabobony:

  • Nie można zabierać małych dzieci na cmentarz, ponieważ błąka się tam dużo zabłąkanych dusz i coś może małą duszyczkę opętać. A jak już ktoś koniecznie chce to podobno trzeba założyć na serce medalik z Matką Boską.
  • Według wierzeń celtyckich, w tym czasie warto ubierać się skromnie, a nawet ubogo, żeby duchy przybyłe na ziemię nie zwróciły na nas uwagi i nie opętały nas na kolejny rok”.
  • Nigdy nie chodź po grobie (zwłaszcza, jeśli jesteś kobietą ciężarną). Dziecko, które się urodzi może mieć zdeformowane stopy.
  • Nie umawiamy się na cmentarzu na randkę. Przesąd głosi, że rozkwitająca na cmentarzu miłość nie ma szans na przetrwanie, a zakochanych umawiających się na schadzki wśród grobów, czeka wszystko, co najgorsze.
  • Nie zbieramy kwiatów z grobu. Przesąd mówi, że jeśli ktoś zerwie kwiaty z grobu, wkrótce otrzyma je z powrotem – na swój własny.
  • Dusze nawiedzają nas 2 listopada prosząc o modlitwę. Dlatego, że tylko ona jest w stanie ich wyciągnąć z czyśćca.
  • Dusze zanim odejdą, po śmierci ukazują się nam jako ptaki.

Jeśli myślicie, że teraz z pędem czasu mniej zwracamy uwagę na temat grobów i zmarłych, to spokojnie. Za czasów dziadów cmentarz był krainą zmarłych i nie przychodzono tam tak często jak by się wydawało. Miejsce to napawało grozą.

Pamięć o zmarłych przekazywano ustnie, a na cmentarz chodzono tylko wtedy, gdy trzeba było. Przed dniem zmarłych obowiązywał post, nie jedzono mięsa, a potrawy były bardzo podobne do wigilijnych. Czyli barszcz, pierogi czy kapusta. Wieczorem uchylano drzwi by duchy mogły wejść do swoich dawnych mieszakań.

Przywoływanie duchów (dziady) należy do najstarszych słowiańskich obrządków. Przygotowywano suto zastawiane stoły, miód, kasza i jajka były podstawą wieczerzy dusz. Dzisiejsze znicze to echa po starych tradycjach kiedy palono ogniska żeby pomóc duszy dojść w zaświaty.

Cukierek lub psikus w polskiej wersji? Oczywiście! Miodek turecki i pańska skórka to słodycze z ponad 200 letnią tradycją, które miały umilić dzieciom czas spędzony na cmentarzu.

Jak widać nasi przodkowie mieli znacznie więcej dziwnych i zarazem strasznych zwyczajów niż dzisiejsze halloween. W wierzyli w takie rzeczy, że włos na rękach się jeży.

2 KOMENTARZE

  1. W dawnych czasach, młodzi, odważni mężczyźni przebierali się za strachy i chodzili po cmentarzu, by odstraszyć “złe duchy” i pozwolić reszcie dusz na spokojne przejście. Także i ten element – przebieranie się za duchy itp. – nie powinien być nam obcy. Wszak to też jedna z naszych, regionalnych, pomorskich tradycji.

  2. Ja traktuje Halloween jako poradzenie sobie z szarością za oknem i zabawy dla dzieci. Na cmentarze jeszcze się nachodzą (oby jak najrzadziej). kilka tygodni temu straciłem babcię, przeszła na drugą stronę i już ją opłakiwałem, teraz mam nadzieję, że jest jej lżej i zachowuje swój świetny humor właśnie robiąc te swoje małe psikusy… a my je będziemy pielęgnować. Teraz wolę czcić żywych i pamiętać o tych co już mają lżej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here