Niestety to będzie już ostatni tekst, który opublikuję w ramach serii artykułów we współpracy z doktor Justyną Korzeniewską. Niestety, bo bardzo lubię się tymi materiałami z Wami dzielić. Pani Justyna fajnie uzupełnia moje luźne podejście do życia i ciekawie tłumaczy to co ja bym opowiedział na około. Ostatni jej tekst wyciągnął ze mnie sporo emocji. Takich, którym nie daję dojść do słowa na co dzień. To jest coś dla tych zapracowanych tatusiów i mam, oderwanych od pozytywnej rzeczywistości, a przykutych do systemu: ciśnij, ciśnij aż padniesz.

Aktualnie wszyscy przeżywamy Święta oraz nowy rok. Każdy robi to na swój sposób, ale jednak jakoś to wewnętrznie przeżywa. My dostaliśmy trochę urlopu (a raczej zapracowaliśmy sobie na niego) i możemy spędzić teraz więcej czasu z dziećmi. To jest czas w którym łatwiej (łatwiej niż latem podczas wakacji) o wspólną zabawę. Więcej czasu spędzamy w domu, jesteśmy ze sobą bliżej, bo na przykład dzieci nie mogą rozpełznąć się po całym podwórku i podtapiać się wzajemnie w basenie. Zima, a ostatnio deszcz, trzyma nas w czterech ścianach. Nie jesteśmy w stanie uciec o siebie. Spędzamy cały czas razem.

Dla przepracowanych robotów

Ludzie tacy jak ja, powinni zapoznać się z tym tekstem, bo sama świadomość naszych codziennych ułomności to już duży krok naprzód. Nazywam przepracowanie ułomnością, bo często jesteśmy jednak w stanie zmienić swoją rzeczywistość w taki sposób, aby nam i naszym bliskim było lepiej. Zazwyczaj nic nie poprawiamy, bo nie czujemy tak dużej motywacji, żeby zmienić dużo. A małe kroczki wydają się nam nieistotne. Mamy dużo dobrych i poważnych wymówek. Sam je mam, sam z nimi przegrywam. Nadal często przegrywam, ale na szczęście coraz rzadziej.

Zazwyczaj wydaje się nam, że dziecko i zabawy z nim, mogą poczekać na lepszy moment. Bo praca, bo przetarg, bo nie ma kasy, a na kasę trzeba ostro pracować, bo spóźniłeś się do roboty, bo szef wymaga, bo jak nie będziesz pracować więcej, to ktoś Cię zwolni. Bo jak Cię zwolni, to nie będziecie mieć nawet kasy na zabawki. Bo jesteś zmęczony, bo jest 19:00 i nic jeszcze dzisiaj nie jadłeś, bo Fakty, bo Informacje, bo mam dosyć i tak dalej. Wszystko co się dzieje na świecie, może być dobrą wymówką, dobrą wymówką “dorosłych” ludzi. Taką wymówką z którą nie da się dyskutować. Przecież jest ważna i poważna. Na pewno jest ważniejsza niż świat beztroskich zabaw z naszymi dziećmi.

Dzieci mogą poczekać, bo sprawy dorosłych ludzi są (po)ważniejsze

Wydaje się nam, że nasza praca nie może poczekać. Nasze dzieci i zabawa z dziećmi poczeka, aż znajdziemy na to czas. Bullshit. To co mija, nie wróci. Później będziemy po prostu kombinować jeszcze bardziej, jak ten stracony czas odzyskać. Nie odzyskamy go. I na pewno masz w sobie taką myśl, którą mówi: cholera, przecież wszyscy to wiemy, przecież każdy blogier i każdy dziennikarzyna w prasie pisze o tym swój tekst, przecież to są truizmy, przecież to jest ideał, którego nie da się doścignąć – w świecie dorosłych, chcieć nie oznacza móc. Czasem po prostu są dylematy nie do rozwiązania, a dzieci nie są najważniejsze.

No i pewnie nie da się doścignąć ideału, jeśli nie będziemy tego bardzo chcieć. Ja na szczęście piszę do tych, którym się chce i których boli fakt, że przeznaczają swoim dzieciom zbyt mało czasu. Jeśli jednak jesteś jednym z tych ludzi, którzy stanęli w takiej sytuacji życiowej, która nie daje im wyboru … kombinuj.  Nie popadaj w bezsens.

Moje pierwsze dziecko pojawiło się na świecie, kiedy według mojej opinii byłem w tragicznej sytuacji. Serio, nie miałem wyboru. Nikt nie mógł mi dać mi więcej kasy, nikt nie mógł za mnie pracować. Po straceniu swojej firmy, musiałem zacząć od zera. Nie dość, że nie miałem żądnej pracy, to miałem potworne długi. Mogłem paść na twarz nie robiąc nic, albo paść na twarz z braku wytchnienia. Wybrałem to drugie. Mniej więcej rok zajęło mi zrozumienie, że coś mi jednak umyka. Żeby lepiej rozumieć co mi umyka, a co robię dobrze, uruchomiłem tego bloga. Tata w Pracy. Ojciec, który wiecznie pracuje.

Dzięki blogowi udało mi się spędzać więcej czasu z dziećmi. Pozornie pisanie bloga wymaga ode mnie przeznaczania większego czasu na siedzenie przy komputerze, a nie na obcowanie z dziećmi. Ale tak naprawdę jest tak, że to właśnie teraz teraz bardziej zastanawiam się nad wszystkim co wspólnie robimy.

Do poziomu merytorycznego bloga jaki reprezentuje sobą Kominek, Opydo, albo Lipiec nie dojdę pewnie w ciągu najbliższego dziesięciolecia, ale nie taki jest cel ma mojego działania tutaj.

Jestem rodzicem wyjętym ze schematu tradycyjnej polskiej rodziny. Nikt poza mną i moją żoną nie zajmuje się naszymi dziećmi. Początek blogowania w tych warunkach był trudny, bo zamiast więcej spać, to oddałem blogowi swoje ostatnie resztki snu. Teraz blog oddaje mi tamten włożony czas.

Rok ciężkiej pracy doprowadził do tego, że teraz oglądanie bajek na Blue Ray, zabawy nowymi zabawkami i testowanie innowacyjnych gadżetów mogę traktować jako zabawę i pracę. Jako rozwój swój, pracę, edukację dzieci… i rozwijanie swoich pasji.

Nie rób noworocznych postanowień, rób po prostu dobre rzeczy dla siebie

Zbliża się koniec roku, więc warto już teraz strzelać sobie raz po raz obuchem w głowę. Warto zrobić sobie rachunek sumienia, przypomnieć złe i dobre rzeczy jakie działy się na przestrzeni roku.

Ten grudzień zrobiliśmy sobie z żoną “miesiąc pracy 120%”. Chyba pierwszy od 3 lat mieliśmy miesiąc w którym obydwoje pracowaliśmy na maxa – bez wytchnienia i bez kompromisów. Odwoziłem żonę do jej pracy, jechałem do biura do swojej roboty, odbierałem ją, robiłem zakupy, robiłem zaopatrzenie żony w materiały do pracy, w nocy kończyłem pozostałą swoją robotę z którą nie miałem szansy wyrobić się za dnia. Staraliśmy się, żeby nic przed świętami nie zostało niedokończone. Pracowaliśmy jak roboty, wyjeżdżaliśmy o 7:00, wracaliśmy często w okolicach północy. Docisnęliśmy śrubę na maxa.

W pewnym sensie brakowało nam już tego tego zapierniczania. W innym sensie, po prostu chcieliśmy żeby wpadła nam jakaś forsa przed świętami. Rok temu jeśli chodzi o finanse, bardzo słabo przygotowałem się do świąt. Miałem sobie za złe, że kupiłem jakaś małą niewydarzoną choinkę. Nie mogłem kupić dzieciom prezentów. Nie mówiąc już o prezentach dla żony. Bolało mnie to przez cały rok. Czułem, że zawiodłem.

W tym roku ściągnęliśmy jedną z Babć do nas, na prawie cały grudzień – bez niej nie dalibyśmy rady pracować z żoną równocześnie i w takim wymiarze. Jak się okazało dzieci fajnie się z nią dogadują. Zdarzało się niestety, że nie widziałem moich dzieci dwa dni z kolei. Pomimo, że spaliśmy pod tym samym dachem. Nie robiliśmy wspólnie nic rozwojowego. W grudniu wybrałem pracę.

Wydawało mi się, że to jest najlepsze co mogę zrobić dla całej rodziny. Udowodnić, że da się zamknąć grudzień bez fuckupów w projektach. Że da się  mieć spokój na głowie. Że można zrobić wyniki w pracy takie, które nie pozwolą nikomu wypowiedzieć się w stosunku do mojej pracy krytycznie. Mi właśnie tak się wydawało. Myślałem, że zapracowałem na urlop, na spokój w domu, na spokój w głowie podczas świąt. Myślałem, że praca odda to co w nią włożę. I wiecie co? Gówno prawda.

Przed samymi świętami dostałem kopa na twarz. Dostałem mail rozjeżdżający moje ambicje biurowe, przeczytałem podsumowanie typu “nie wiadomo co u nas robisz, kim jesteś w firmie, jesteś niepunktualny, za dużo nie ma cię w biurze…”. I wiecie co? Po raz pierwszy w życiu mnie to nie boli. Właśnie po to robiłem 200% normy w ciągu ostatnich miesięcy, żeby nie zastanawiać się teraz kto ma rację. Nie zawiodłem nikogo, spełniłem wszystkie zawodowe wymagania. Jestem rozliczony ze swoją pracą po całości. Zrobiłem wynik. Sprzedałem swój czas.

Po grudniowym zapierdolu ucierpiały na tym tylko dwie osoby. Dwoje moich dzieci. W ciągu ostatniego miesiąca prawie się nie widzieliśmy. Czy tego żałuję? Nie żałuję. Uczę się niestety tylko na twardych lekcjach. Ta grudniowa właśnie taka była. Wiem, że nie muszę już nic nikomu udowadniać. Spełniłem wszystkie swoje zawodowo-biurowe check pointy. Teraz czas na rodzinę i to pod nią chcę układać 2015 rok.

Po co to wszystko?

No właśnie po co ten wstęp? Po to, żebyście uświadomili sobie, że może być tak, że będziecie musieli sprzedać swoje życie za pieniądze. Czasem lepiej jest sprzedać duszę i swoje umiejętności, niż doprowadzić do biedy w domu. Jeśli rodzina nie jest w stanie Wam pomóc, ale jesteście we dwoje w związku… podzielcie się zadaniami.

Niech jedno robi potrzebne do przeżycia pieniądze, a drugie niech daje Waszym dzieciom zabawę. Zabawa jest równie potrzebna do przeżycia co pieniądze. Jeśli o tym zapomnicie, to wspomnieniem nadającym kierunek życia Waszych dzieci może być: praca, praca, hajs, gonitwa… a to nie jest dobry kierunek na życie. Wolę, żeby moje dziecko myślało kiedyś: “chcę wszystko” a nie “muszę wszystko”.

No dobra. Po tym wstępie, przeczytajcie tekst doktor Justyny Korzeniewskiej. Jak zawsze podkreślę… mojej ulubionej Doktor od Dzieci 🙂 Może ona Was trochę przekona, że zabawa w życiu Waszym i Waszych dzieci, jest równie ważna, co praca, pieniądze i sukces. Dużo rozwijającej zabawy pozwoli kiedyś Waszym dzieciom wybrać sobie świadomie pracę i nie być zmuszonym do brania byle czego.

A teraz czytajcie mądrzejszych ode mnie.

Doktor Justyna Korzeniewska: Nastrój Zabawy

Wspomnienie zabaw z dzieciństwa wywołuje przyjemne emocje u rodzica, tak samo jak oczekiwanie radosnego baraszkowania u dziecka. Dobrze jest, gdy nastroje te mogą spotkać się w tym samym czasie, podczas wspólnej zabawy rodzica z dzieckiem. To jest szczególny moment rodzicielstwa, w którym można połączyć przyjemne z pożytecznym –własną rozrywkę z rozwijaniem dojrzałości dziecka.

Zabawa w odbiorze dorosłych, którzy tęsknią do swobody jaką ona daje, kojarzy się tylko z przyjemnościami. Dla dziecka jednak, które bardzo się angażuje w tę aktywność, to duże przeżycie i znaczący wysiłek. Dzięki temu jej efekty są imponujące, również dla rozwoju emocjonalnego.

Pierwsza emocja jaka pojawia się w zabawie już kilkumiesięcznego dziecka to zaskoczenie, że zabawka, która zniknęła z pola widzenia pojawia się znowu. Po wielu takich powtórzeniach maluch nauczy się, że rzeczy istnieją bez względu na to, czy on je właśnie widzi, czy nie. To przyjemne odkrycie, pozwala cieszyć się z perspektywy wielu miłych zabaw ulubionymi przedmiotami. Zabawki dla starszych dzieci dostarczają bardziej skomplikowanych niespodzianek, odkrywając przed maluchem świat – ten nieznany, nowy, ciekawy. Najpierw wzbudzają zaciekawienie – „co to?”, potem zaskoczenie, – „ach, to tak!” a na koniec radość – „już wiem!”, którą dziecko chce dzielić się z otoczeniem. Najchętniej zaprezentować odkrycie rodzicowi, zobaczyć jego zaciekawienie i otrzymać od niego pochwałę. Radość dzielona z kimś jest dwa razy większa. Dlatego udział rodzica w zabawach to jest taki ważny dla malucha.

Z czasem dziecko rozwija autentyczne przywiązanie do wybranych zabawek. O sile tej więzi przekonał się niejeden rodzic, gdy dziecko musiało rozstać się ze swoim ulubieńcem lub go zgubiło. Płacz, dopytywanie o niego, uporczywe prośby o odszukanie, a nawet problemy ze snem i jedzeniem mogą trwać nawet kilka dni. Natomiast radość dziecka w momencie odzyskania zguby to widok, który również u dorosłych wywołuje wzruszenie. Nawet, jeśli z tymi zabawkowymi pupilami jest trochę kłopotów, to należy docenić ich wkład w rozwój dziecka. Pomagają one bowiem przerwać nudę, uspokoić strach, ukoić przykrość i autentycznie wspierają dziecko, które właśnie dlatego nie chce się z nimi rozstawać. Mogą być sprzymierzeńcami rodzica, który w pewnych okolicznościach, np. podczas niektórych badań medycznych lub w przedszkolu, nie może towarzyszyć dziecku. Wtedy to towarzysząca przytulanka będzie powiernikiem myśli i uczuć maluszka.

Zabawki dostarczają całej gamy emocji od radości po frustrację, od poczucia sukcesu po gorycz porażki. Kiedy mimo wielu prób piętrzenia klocków wieża ciągle się przewraca a zwierzątka nie mieszczą do wagonu pociągu, pojawia się złość i irytacja. Na szczęście zabawki są na tyle atrakcyjne, że ciągle podsycają ciekawość świata. Dlatego dziecko uporczywie ponawia próby i uczy się wytrwałości. Poczucie sukcesu po opanowaniu danej funkcji zabawki na długo zachęca do kolejnych zmagań.

Przez zabawy z partnerami – rodzicami, rodzeństwem, rówieśnikami – dzieci przystosowują się do norm i reguł postępowania, dyscypliny społecznej, współpracy, rozwiązywania konfliktów na zasadzie wzajemnego szacunku. Na gruncie zabawy rodzą się pożądane uczucia, takie jak: życzliwość, chęć niesienia pomocy, poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Radość wspólnego działania i tworzenia stopniowo przezwycięża dziecięcy egocentryzm i egoizm.

Identyfikowanie się w zabawie tematycznej, np. „w lekarza”, „w szkołę”, „w sklep”, z naśladowaną osobą daje okazję do wczuwania się w świat innych ludzi. Jest zaczątkiem empatii, życzliwości, altruizmu i tworzenia się wielu innych uczuć wyższych. Aktywność zabawowa ćwiczy również pozytywne cechy charakteru, takie jak: odwaga, opanowanie, uczciwość w rywalizacji, siła woli, samodzielność, wytrwałość i cierpliwość w dążeniu do celu. W różnych formach wyrażania siebie, poprzez np. ruch lub rysunek, towarzyszących zabawie, kryją się elementy wychowania estetycznego, co kształtuje poczucie piękna, ładu i harmonii.

W zabawie dziecko ma również możliwość ekspresji stanów emocjonalnych, wyładowania napięć nerwowych i konfliktów wewnętrznych. Wnikliwa obserwacja zachowania w czasie zabawy umożliwia poznanie wewnętrznego świata dziecka, trapiących go lęków i niezaspokojonych potrzeb. Specjalnie przygotowane zabawy pomagają dzieciom w osiągnięciu równowagi psychicznej, rozładowują dręczące je napięcia i emocje, ułatwiają pozbycie się zagrożeń i lęku, uczą różnych sposobów wyrażania uczuć.

Tylko w zabawie dziecko w pełni wykorzystuje wszystkie swoje zdolności i predyspozycje. Jest to zjawisko „rośnięcia” dziecka w zabawie, wznoszenia się ponad swoje ograniczenia. Trafnie scharakteryzował to L. Wygotski, który powiedział: „w zabawie zawsze dziecko jest powyżej swego wieku, powyżej swego zwykłego, codziennego zachowania, jest jakby o głowę wyższe od samego siebie”. To wspaniała rola rodzica, żeby poprzez odpowiednie zabawy i wspólnie spędzony czas dać dziecku szansę na wykorzystanie wszystkich swoich możliwości rozwojowych.

 

Justyna Korzeniewska
Dr nauk humanistycznych – psycholog. Swoje doświadczenia zawodowe zdobywa i wykorzystuje w pracy w Instytucie Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Kwalifikacje profesjonalne podnosiła również na rocznym stażu w Bostonie, w Stanach Zjednoczonych. Szczególnie interesuje się psychologią zdrowia, funkcjonowaniem mózgu i możliwościami stymulowania rozwoju dzieci zdrowych oraz chorych i niepełnosprawnych. Zainteresowania te znajdują odzwierciedlenie w prowadzonych badaniach naukowych i profesjonalnych publikacjach. Ciepłe i pełne szacunku podejście do dzieci stara się propagować poprzez artykuły prasowe adresowane do rodziców, np. w „Twoim Maluszku” oraz występując jako ekspert w programach telewizyjnych, m.in. w „Wielkim Świecie Małych Odkrywców” (TVP) i „Zaklinaczu Dzieci” (TVN). Jest autorką książki „Rozmowy z dzieckiem. Proste odpowiedzi na trudne pytania”.
UDOSTĘPNIJ

1 KOMENTARZ

  1. Mój mąż w grudniu robił nadgodziny i tak naprawdę z dziećmi widział się w weekendy. Ktoś mógłby zaptać, czy to zauważyły? Mają po 6 lat, mamę w domu i pełno pomysłów na zabawę. Otóż, tak – zauważyły. Codziennie pytały, o której tata wróci. Chciały się czymś pochwalić, coś powiedzieć. W sobotę i niedzielę tata musiał być na wyłączność. Praca jest ważna. Dzieci powinny być ważniejsze.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here