My i ZUS. Historia bez happy endu.

Home / blog / My i ZUS. Historia bez happy endu.
My i ZUS. Historia bez happy endu.

Obiecywałem sobie, że nie dotknę tematu polskiego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Wszystkim znany jako ZUS. Obiecywałem sobie i trzymałem się dzielnie. Nie chcę pisać na blogu o każdym temacie związanym z rodzicielstwem, czy inaczej mówiąc z tacierzyństwem. Ale jestem blogerem/ojcem i obowiązki mam blogera/ojca. W momencie kiedy dzieje się krzywda mojej rodzinie, to nie powinienem siedzieć w milczeniu. Nie tak działam. Lepszy szczery bunt, niż ciche milczenie.

Ja i żona to team, który jest dosyć specyficzny. Staramy się nie prosić o nic nikogo, z jak największą ilością rzeczy dać radę samemu. Rodzinę mamy daleko, a tej najstarszej rodziny nie chcemy nadwyrężać swoimi sprawami. Nie mówimy że pada deszcz kiedy ktoś pluje, nie uznajemy autorytetów, uznajemy zdrowy rozsądek jako główny mechanizm napędowy, a ciężką pracę jako metodę na poradzenie sobie z życiem.

Kiedy czekaliśmy na pierwsze dziecko nie odbyliśmy nawet jednej wizyty korzystając z NFZ. Nie było łatwo, pracowałem za dnia jeden etat, a wieczorami i nocami ogarniałem zlecenia na freelansie. Żona miała w tym czasie swój salon kosmetyczny i pracowała przez całe 9 miesięcy ciąży. Nie wiem jak to robiła, ale pracowała jak dziki wół. Zarobiliśmy wtedy pieniądze na lekarzy, na prowadzenie ciąży, na przygotowanie się do pierwszego dziecka. Sky is the limit.

Po pierwszej ciąży, poród. Wiecie co powiedzieliśmy na zasiłek macierzyński? Nie chciało się nam ogarniać papierów i prosić nikogo o łaskę. Nie podeszliśmy do tematu. Oszczędziliśmy naszej kochanej ojczyźnie dodatkowych wydatków. Ciężko pracowaliśmy, odłożyliśmy parę groszy na czas poporodowy. Oczywiście było za mało, ale cóż, takie życie. Nie chcieliśmy się nikogo o nic prosić, jak zawsze. Żona po pracy przez 9 miesięcy, oczywiście musiała zawiesić działalność. Jeszcze nie widziałem wariatki, która by pracowała hardcorowo po porodzie. Moja była w tym głowa, żebyśmy dali radę. I daliśmy.

Druga ciąża to trochę inna bajka. Nie było już tak łatwo. Ciąża była bardziej bolesna. Nie dało się pracować. Mi to nie przeszkadzało. Tym razem było już trochę więcej wyrzeczeń z naszej strony. Ale nadal nie prosiliśmy się NFZ’u. Działalność gospodarczą żony trzeba było zawiesić wcześniej. Wychowywać jedno dziecko i chodzić z drugim w brzuchu to trochę za dużo jak na jedną osobę. Mój syn jest aktywny. Ja wdrapywałem się na drzewa, a on umie wdrapywać się na wysokie meble. Ja oczywiście ostatnio większość czasu spędzałem w pracy pracując na urzędników państwowych.

Termin porodu mieliśmy ustalony na 20 września. Taaa, termin moich urodzin. Córka chciała zrobić prezent tacie. Czekaliśmy jak na zbawienie. Zanim jednak to się wydarzyło, był sierpień. Pamiętam jak było gorąco, upał, nie do wytrzymania. I zadzwonił do żony telefon. Pośród ciszy i mojej ciągłej walki o pieniądze na życie dla nas, żona dostała zlecenie. Dobre pieniądze, kilka tys. zł. Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pogodziliśmy się już z permanentnym urlopem żony. Ale cóż, żona lubi uczestniczyć w sesjach fotograficznych, tym bardziej kiedy jej za to płacą. Do dzisiaj lubi uczestniczyć w sesjach przynajmniej dla sportu.

Teraz przełom. Trzeba odwiesić działalność – żeby wystawić FV jest to konieczne. Odwieszamy działalność żony w sierpniu (przypominam, we wrześniu mamy termin porodu). Żona robi robotę, inkasuje wartość faktury. Jest pięknie. Wpadła nam kasa, będziemy trochę do przodu. Zrobiliśmy burzę mózgów, doszliśmy do wniosku, że należy te pieniądze lepiej spożytkować. Ciąża szła gorzej niż przy pierwszym dziecku, wydatków mieliśmy dużo więcej – trzeba było pomyśleć o bezpieczeństwie. Mieliśmy już odwieszoną działalność, więc postanowiliśmy zwiększyć składkę zdrowotną. Liczyliśmy, że zwrócą się rachunki za lekarzy. Przy pierwszym dziecku nie skorzystaliśmy z rozwiązania “urlop macierzyński”, więc czemu nie zrobić tego teraz?

I teraz się zaczyna. Żona z dziećmi w domu. Ja mam upoważnienie do załatwiania spraw z ZUS. Idę do nich pierwszy raz. Jestem lekko przerażony, bo to moja pierwsza wizyta w domu szatana po rozwaleniu mojej własnej firmy dzięki tej instytucji. Ale ok, daję im szansę. Idę do pani w okienku i mówię czego chcę się dowiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że panie mogą nie być zbyt lotne – choć i ja w tej tematyce oscyluję wokół zera – i mówię: droga pani, chcę żeby moja żona miała wyższe ubezpieczenie. Co mam zrobić, ile mam płacić?

Dowiedziałem się jakie są możliwości, a jest ich kilka. Można zapłacić za minimum, można średnio, można dużo. Ja chcę przeznaczyć tylko tyle ile zarobiła ostatnio moja żona. Łatwo przyszło, łatwo poszło. Jeśli w efekcie spowoduje to, że kupimy dzieciom więcej ubrań, to wchodzę w to.

Tutaj jest pierwsza zabawna sytuacja. Pani w okienku mówi co zrobić, żeby wyrwać z ZUS jak najwięcej hajsu. Opowiada o tym bez większej spiny. Stopuję ją mówiąc, że w naszym przypadku nic nie trzeba naginać, niech mi pani po prostu powie co mam dalej robić, żeby wykorzystać dostępne u nas pieniądze?

Dowiedziałem się, musiałem połazić po miejscówkach, ale zebrałem info.

W pełni szczęścia poszedłem do domu z myślą, że załatwiłem coś w ZUS! W tym złym ZUS, panie były miłe i pomogły. Nie mogłem wyjść z podziwu. Nie dość, że były całkiem miłe, to jeszcze zależało im na tym, żeby moja żona dostała wyższy zasiłek. Cudo.

Załatwiałem wszystkie sprawy za żonę, płaciłem ustalone składki w terminie, zachowywałem najróżniejsze papierki i potwierdzenia – choć zazwyczaj nie jestem w stanie zachować gwarancji do komputera. Urodziliśmy.

Wróciłem do ZUS w pierwszym możliwym momencie po porodzie. Poszedłem zapytać drogie panie: “czy wszystko w porządku ze sprawami mojej żony?” Wszystko oczywiście OK. Jak mogłoby nie być OK. Przecież chodziłem do nich wcześniej i konsultowałem każdy ruch. Nie mógłbym popełnić błędu. Obsługiwały mnie przecież kompetentne osoby.

Poszedłem do pani w okienku. Była super sympatyczna, nadzieja ZUS’U, królowa. Było bardzo miło, wyliczyła mi wzorcowe podatki. Tak, powiedziała “to nie są dokumenty, które są wiążące, dobrze?” No i wyliczyła tak, że nie wypełniła tego samego pola co my. Urzędnik ZUS robiąc dla mnie wzorcowe dokumenty finansowe, popełnił błąd. Ten sam błąd za który Polski Sąd powiedział, że przegrywamy sprawę, bo: “właściciel działalności gospodarczej powinien być bardziej uważny, niż zwykły człowiek!” – to ja się pytam: a urzędnik ZUS to kto? ktoś równy ze zwykłym człowiekiem nie kumającym o co w tym chodzi?? W takim razie urzędnicy nie powinni dostawać pensji, przyuczają się przecież dopiero do zawodu! Nie mają żadnej odpowiedzialności!

Nie wiem czy gorsi są urzędnicy, czy sąd. Bo też trzeba być pupilkiem systemu, a nie prawa, żeby pozwalać na takie coś. Albo według książki albo wcale! Co to jest za osądzanie. Ulica ma bardziej przejrzyste zasady. Albo jest się dobrym albo złym. Tylko kto pozwala na takie zło. To działa legalnie, dlaczego??

Złożyliśmy wniosek o urlop macierzyński. Mijał czas. Minął termin ustawowy. Dowiedziałem się, że wniosek o urlop macierzyński został odrzucony. Powodem odrzucenia wniosku o urlop macierzyński był: zbyt krótki okres prowadzenia działalności. Pisałem już o tym wcześniej, ale… żona prowadziła działalność 3 lata, z przerwą (zawieszenie działalności) na okres porodu i wychowania dziecka. Pierwszy raz zbaraniałem doszczętnie. Pomyślałem, że to jest jakaś ewidentna pomyłka i że zwykłe odwołanie wystarczy. Namieszali coś w papierach. Jak można odrzucić wniosek za zbyt krótki okres, skoro harowała ostatnie 3 lata.

Minął prawie kolejny miesiąc od ostatniej oficjalnej korespondencji z ZUS w sprawie przyznania urlopu macierzyńskiego. Byłem załamany. Nie dość, że zarobiona kasa poszła na poczet składek ZUS z odwieszonej działalności gospodarczej żony, to jeszcze odmówili wypłacenia czegokolwiek. Szok.

Dzwonię do nich. Pani mówi mi przez telefon, że jest błąd w płatnościach. Wskakuję w samochód i tego samego dnia jadę do oddziału ZUS, zapytać jakiego typu błąd mamy w płatności. Chciałem bardzo wiedzieć co spowodowało, że żona nie zasługiwała na zasiłek.

W placówce ZUS spędziłem około dwóch godzin. Siadłem przed panią biurową i opowiedziałem jej historię. W skrócie leciało to tak: “mówicie, że jest jakiś problem w płatnościach. Ja nie wiem jaki, proszę niech pani sprawdzi jakiego typu problem nas spotkał, bo chciałbym go naprawić“. Pani liczyła wszystkie składki około 15 minut. Nie była w stanie znaleźć problemu. Dzwoniła nawet  do centrali. Oni też nie pomogli. Siedziała i liczyła dalej. Około 20 minut i znalazła powód. Na każdego coś się znajdzie. W składce sierpniowej zabrakło 100 zł. Dokument deklaracji ubezpieczeniowej nie obejmował składki na ubezpieczenie wypadkowe.

Nie wiecie co to jest, ja też nie wiem. Płacisz składki 2 lata. 1000 zł x 24 miesiące? I na końcu jeszcze płacisz miesięcznie 3000. Nie dopłacasz jakichś 100 zł z 27 000 i tracisz prawa do zasiłku macierzyńskiego?? Najlepsze jest to, że program komputerowy należący do ZUS nie podpowiedział błędu podczas tworzenia płatności. Jeśli jesteście techniczni, to mówię tu o walidacji treści wprowadzanych w pola tekstowe. ZUS wydaje oficjalnie program do rozliczania się – ale nie daje na niego żadnych gwarancji. Jeśli program popełni błąd – to Ty za to odpowiadasz! Zastanawia mnie czy takie dziury w programie nie są celowe? Dają pole do mocnych nadużyć. U nas spowodowały takie zaciemnienie rzeczywistości, że przegraliśmy przed Sądem. To jest smutne. Ja w pracy robię aplikacje najróżniejsze. Często służą do rozrywki. Gdyby ktoś pozwolił sobie na taką dziurę w programie jak ta u Was w ZUS, to wyleciałby z pracy. Nikt by tego nie negował. Po prostu to jest karygodne. W ZUS’ie naszym kochanym natomiast, my jesteśmy testerami aplikacji i to my ponosimy koszty jego błędów. Czyli uczestniczymy w start up’ie rządowym. Tylko czemu dotacja projektu w postaci 150 000 000 000 zł nie przekłada się faktycznie na nas? U mnie w branży znaczyłoby to, że projekt przejada pieniądze i nie rozwija się. Trzeba go zamknąć i napisać od nowa. Za sumę jaką rząd wpompował w ten Start Up, można by postawić kilka miasteczek w Polsce. A gdyby wypłacić to ludziom do rąk, to poziom zamożności wzrósłby bardzo… w końcu to nasze pieniądze. Z każdego normalnego Start Up’a można wyjść, jeśli nie masz ochoty w nim być. Start Up ZUS natomiast nie daje takiej możliwości. Możesz wyjść tylko z niego do więzienia. Jak sobie to uzmysłowicie, ale nie pomyślicie, tylko uzmysłowicie to ogarnie Was lekki strach.

OK, wracając do naszego wniosku.

Syf Kiła i Mogiła. Wszyscy tam byli. Trąd swąd i ubóstwo też.

Poszliśmy do ZUS’u z dziećmi, nie było z kim ich zostawić. Najlepszy na świecie ZUS przyjmuje takich jak my, godnie. Na środku korytarza, godzina tłumaczenia 4em (CZTEREM) kobietom w jakiej sprawie przyszliśmy. Godzinka podczas której wszyscy obecni w ZUS słuchali o moim życiu. Super komfortowa sytuacja. Jak w kiblu na starym Dworcu Centralnym. Trzymasz dziecko na rękach, a baba Ci się drze. Shit. Przypomniałem to sobie i mam znowu niesmak do tej akcji. Jak z polskich filmów. Komedia mieszana z tragedią.

Baba tłumaczy, że jesteśmy złodziejami, śmieje się w twarz. Zastępuje jakąś inną kobietę, która powinna być kimś innym. Nie wie nic, ale traktuje nas jak gnój. Po godzinie tłumaczenia dociera do pustej pałki, że mamy rację. Po godzinie zrozumiała, że są tak popapraną instytucją, że od 2 miesięcy nie wypłacają zasiłku macierzyńskiego.

Mega postęp. Umówiliśmy się z Naczelnikiem ZUSU. Wiecie ile czekaliśmy na wizytę? Tydzień! Ta, urzędnik państwowy ma więcej czasu na odpowiedź niż jakby wbić się do pociągu i dojechać na Syberię. 21 szy wiek! Teraz najlepsze. Co do połowy problemu, tj. “nie wypłacacie nic” – jest temat tłumaczony jako “nic się nie stało”. Natomiast druga połowa, tj. czemu tak mała składka została wyliczona, mamy argumentację: “tak, decyzja jest uznaniowa i ja mogę ją zmienić, ale jej nie zmienię! nie bo nie!”

Wiecie czemu nie chciała uznać? Bo jej pracownicy dali tak ciała, że to wstyd! Tylko ten wstyd jest robiony nie z ich kasy. Raz jeszcze, porównując to do mojej branży. Jako naczelnik również straciłbym pracę. Tylko ZUS to Start Up. Pamiętajcie.

Wiecie co, nie wiem czy napisałem wszystko. Tu jest już 2000 słów. Szkoda mi chyba na to zdrowia. Ale nie odpuszczę do końca. Myślę, że coraz większa ilość nas będzie wygrywać z tą głupotą. Jeśli macie jakieś pozytywnie zakończone historie z nimi to dajcie mi znać. Może warto się wzajemnie motywować w walce z tym nowotworem systemu?

 

Comments are closed.